Pierwszy trening Krav Maga

Ała, to mnie bolało. Ale tylko na początku. W miare treningów nauczyłam się, że ciało świetnie radzi sobie z odpieraniem ciosów. Ten trening sprawił, że czuję się trochę pewniej, a mój mąż jest o mnie spokojniejszy.

Cześć.
Masz chwilkę dla siebie? Taką malutką?
Super.
To łap kubek kawy, herbaty, czy co Ty tam jeszcze lubisz pić.
Siadaj wygodnie i czytaj.

Opowiem Ci o moim pierwszym treningu z samoobrony – Krav Maga.

Zacznę od początku, czyli od tego skąd wogóle u mnie taki pomysł. Dlaczego wymyśliłam sobie, że nauczę się bronić? Ja, pacyfistka. Kobieta, która mówi wszystkim aby się kochali i robili dobro.

Ja, której od dawien dawna nic niebezpiecznego się nie przytrafiło.

Nawet podczas biegu dookoła województwa śmiałam się, że chyba jestem za mało aktrakcyjna, bo nie miałam żadnej, nawet potencjalnie niebezpiecznej sytuacji 😉

Żarty żartami, ale sprawa jest poważna.

No więc…

Gdy wymyśliłam sobie, że obiegnę całą Polskę zaczęłam zastanawiać się co może pójść nie tak. Co może się niedobrego wydarzyć. Nie zaskoczę Cię, że na myśl zaczęły mi przychodzić zaczepki, napaści i takie tam. Ale nie one były powodem. Wiedziałam, że mój mąż może nie chcieć mnie puścić. Może się o mnie zbytnio bać.

Poza tym istniało i istnieje nadal ryzyko, że będę musiała biec bez supportu i wtedy to już wogóle będzie dziwnie. Ja, sama kobieta biegnąca wzdłóż granic.

Doszłam do wniosku, że dobrze będzie nauczyć się bronić. Chociaż podstaw, cokolwiek.

Zaczęłam googlować, sprawdzać i czytać o różnych sportach walki. Jedne zajęcia trwały zbyt długo inne były drogie, jeszcze inne wydawały się nie dawać takiego poczucia bezpieczeństwa o jakie mi chodziło.

Podczas tego szukania natknęłam się na projekt Bezpieczna Gdynianka – czyli nauka samoobrony dla Kobiet z Gdyni. Poczytałam i się zapaliłam do tego pomysłu. Poczułam, że Krav Maga to jest to czego mi potrzeba.

Zapisałam się, ale nie dostałam się w pierwszym terminie. Nie mogłam iść na pierwsze zajęcia, bo gdzieś jechałam. Nie pamiętam już gdzie, ale zapewne to było coś ważnego.

Niestety obecność na pierwszych zajęciach była obowiązkowa. Bez niej nie można było rozpocząć kursu.

Kolejny rok.

Zapisałam się i… wybuchła pandemia.

Kolejny.

Nie było naboru.

I w końcu jest. Koniec grudnia 2022 roku otrzymałam wiadomość, że nabór ruszy. Na koniec stycznia 2023 uruchomiono zapisy. Oczywiście zapisałam się pierwszego dnia. Zarezerwowałam terminy w kalendarzu i czekałam na 11 lutego 2023 roku jak na prezenty pod choinką.

Sobotni poranek.

Zaplanowałam sobie trening biegowy. Rano, bo grafik tego dnia miałam mega napięty. Później Krav Maga, czyli moja samooobrona. Następnie kilka zadań z pracy i wyjazd na obiad do teściów. Wiedziałam, że będziemy siedzieć tam do nocy, bo zawsze jest fajnie. Moi synowie też przyjechali do dziadków, więc będzie rodzina w komplecie.

Budzę się. Jest 5:00. Rety jak mi sie nie chce wstać i iść do tego lasu. Myślę sobie, a poleżę. Zregeneruję się, wyśpię. No i zostałam w łóżku. Całe szczęście. Bo na tej lekcji samooborony to ja bym się chyba czołgała.

Myślałam, że to będzie jak w szkole. Pierwsze zajęcia organizacyjne. Rozmowy, instrukcje, BHP i takie tam pitu-pitu.

Jakże się myliłam.

Przychodzę do YMKI w Gdyni. Przebieram się i idę do sali, gdzie czeka już kilkanaście kobiet. Przychodzą inne. W sumie nawet nie wiem ile, ale dużo. Kilkadziesiąt nas było.

Instruktorzy zaczynają punktualnie. Na początku standardowo. Przedstawienie się i sprawy organizacyjne. Cały początek trwał zaledwie 10 minut i rozpoczęła się rozgrzewka.

Ale się cieszyłam, gdy w przerwach między ćwiczeniami biegałyśmy albo robiłyśmy pajacyki. Dla mnie to były chwile odpoczynku. Jedyne.

Trening był bardzo intensywny. Dzisiaj na ramionach mam siniaki (od maty ochronnej), wewnętrzne strony ud i ręce mnie bolą – od kopania i odpychania. Dawno nie czułam takiego zmęczenia.

Poznałam dwie podstawowe zasady samoobrony!

1. Pierwsza zasada – Musisz być sprawna fizycznie.

Dlaczego? Aby być szybszą od napastnika. Aby dać radę uciec.

Wniosek. Bieganie jest świetne do nauki samoobrony.

2. Druga zasada – unikaj dystansu śmierci.

Dystans śmierci to odległość między mną, a napastnikiem pozwalająca na dotknięcie ręką. Dlaczego trzeba nie dopuszczać do takiego zbliżenia? Bo zazwyczaj wygra ten kto pierwszy uderzy.

Zaskoczyło mnie, że nie ten, kto ma doświadczenie w walce, czy ten, kto jest silniejszy. Instruktor sporo tłumaczył dlaczego ten kto pierwszy uderzy. Nie powtórzę jego argumentów, bo były obrazowe, jak np. kopnięcie w krocze. Ważne jest, abyś zapamiętała, że jako kobieta możesz wygrać walkę z silniejszym mężczyzną.

Po pierwsze nie dopuszczając do niej. Tak. To też jest wygrana. Bo on nie osiągnął swojego celu, czyli przegrał.

Po drugie, jeśli już dojdzie do sytuacji niebezpiecznej, a Ty nie masz jak uciec to pamiętaj, żeby zaskoczyć napastnika. On nie spodziewa się, że Ty go możesz zaatakować.

Tyle zrozumiałam. A jak to będzie wyglądało w praktyce? Obym nigdy się o tym nie musiała przekonać i Tobie też tego życzę.

Pamiętaj też, że to co czytasz to moje wspomnienia, a nie instruktaż samoobrony. Nie jestem instruktorem i nie moge tego uczyć. Kieruj się zawsze swoimi uczuciami izdrowym rozsądkiem.

Czego się jeszcze nauczyłam? 

Kopać w jądra. 😉 Tak, w jądra nie w prącie. Czyli trzeba kopnąć od spodu między nogi. Podobno jak kopnie się z przodu to facetów to zbytnio nie boli.

Za to od tego treningu mnie bolą wewnętrzne części ud i pośladki 😉

Po drugie można uderzać nogą w stopy. Gdy mamy szpilki na nogach to mamy przewagę. Szpilki to bardzo niebezpieczna broń. 

Po trzecie wrażliwym jeszcze punktem jest mostek, w który trzeba walnąć dwoma dłońmi, ułożonymi podobnie jak do reanimowania – bez zaplecionych palców. Jeśli dłoń jest na dłoni to zwiększamy siłę uderzenia. Im szerzej ręce tym słabiej odepchniemy napastnika.

Od trenowania tych ciosów bolą mnie ręce tak mocno, że mam problemy ze zdejmowaniem koszulki. No szok. Ale dałam na treningu z siebie wszystko. Trenowałayśmy w dwie (oczywiście nie pamiętam imienia partnerki-ta skleroza) i obie ustaliłyśmy, że bijemy się na maksa. Napastnik nie będzie się z Nami bawił i uważał, aby krzywdy nie zrobić. A jak mamy ochraniacze to przecież też sobie nie zrobimy krzywdy. No prawie… czasem można w ochraniacz nie trafić ;). No i sam ochraniacz od siły uderzenia narobił mi siniaków na ramieniu, ale to nic. To zejdzie, a poczucie, że ten ból nie jest jakiś straszny i że dam radę przyjąć cios powoduje, że jestem pewniejsza siebie. Myślę, że po tym kursie nie będę czuła już się jak mała, bezradna blondyneczka.

Ale wracam do skutecznych ciosów.

Można też uderzyć obiema dłońmi w uszy. Tego nie testowałyśmy na sobie, ale podobno działa ogłuszjąco.

Po co mamy atakawać napastnika? Aby zyskać 5 – 10  sekund na ucieczkę.

No i to byłoby na tyle z dwugodzinnej lekcji.

Po zakończonym treningu z partnerką wszystkie otrzymałyśmy jescze 20 minut mocnego treningu HIT. Na koniec chwila rozciągania.

Już wiem po co kazali wziąć ręcznik i ciuchy na przebranie. Spociłam się niemiłosiernie. Wypiłam litr wody i dalej chciało mi się pić. A jak po treningu założyłam zegarek to pokazał mi tętno 156 uderzeń. A już trochę odpoczęłam. Według aplikacji od rana spaliłam prawie 1000 kcal. Na treningu nie możemy mieć zegarków, ani biżuterii więc nie wiem ile z tego było w trakcie, ale na pewno lwia część. Trening zaczynał się o 10:00 rano, a ja wcześniej niewiele robiłam.

Niezły ten trening jest. Mocny, bardzo mocny.

Także w soboty nie zamierzam biegać. Poza jedną, gdy mam zawody, ale wtedy muszę opuścić trening Krav Magi.

Ciekawe co będziemy robić na kolejnym treningu.

Masz doświadczenie z Krav Maga? zastanawiasz się może nad uczestniczeniem w tych zajęciach? Zostaw swój komentarz pod tym wpisem

Ściskam, Wiolka
ultramaratonka

Udostępnij ten artykuł w swoich mediach społecznościowych.
Podziel się swoją opinią ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *