Rowerem Szlakiem Grzymisława i brzegiem Dolnej Wisły

Relacja z wycieczki rowerowej Szlakiem Dolnej Wisły i Szlakiem Grzymisława

wał na Wiśle

Dzień wcześniej pobiegłam 15 km odebrać samochód od mechanika. Co prawda nie naprawili, ale zdiagnozowali usterkę. Otrzymałam też instrukcję co robić, gdy Renault nie będzie chciał zapalić i jaką część musimy znaleźć, aby nasze auto już pięknie jeździło. 

Grubo po 23:00 w piątek pojechaliśmy na działkę, gdyż tam zostawiliśmy bagażnik rowerowy. Nawet w nocy ilość i wielkość jeżyn na krzaku robiła wrażenie. Prowadzenie ogrodu w zgodzie z naturą, bez chemii przynosi efekty. 

Obudziliśmy się w sobotę skoro świt. Kawa, szybkie mycie, na śniadanie owoce zebrane z krzaków i… papierówki. 

Zerwałam wszystkie jabłka z drzewa, które ułożyłam delikatnie, z miłością w skrzyni i pozostawiłam w piwnicy. Te papierówki, które wcześniej spadły, a jeszcze się nadawały wyzbierałam i wzięliśmy z sobą na wycieczkę. 

Będzie cudnie. W planie pierwszego dnia dalsza część Szlaku Grzymisława na Kociewiu, (pierwszą część przejechaliśmy w lipcu), a drugiego dnia zatoczymy koło w Borach Tucholskich odwiedzając Osie, Tleń, kilka jezior i rzekę Wda. 

Teraz jedziemy na miejsce noclegu w Wiosło Małe. Ja już zjadłam ugotowany wczoraj w domu na parze z sosu pomidorowo-paprykowego ryż. Lubię jeść i sporo jem, więc w moich opowiadaniach znajdziesz wiele wzmianek o jedzeniu. 

Dojechaliśmy do parkingu leśnego. Piękne miejsce. Może nie jest jakieś szczególne, ale dla nas wystarczająco dobre. Jest wszystko to, czego potrzebujemy. Cisza, spokój, las, przyroda, ławeczki… 

Po zapakowaniu potrzebnych rzeczy do sakw, wyruszyliśmy w drogę. Początek był falstartem. Zanim odnalazłam wyznaczoną trasę troszkę pozawracaliśmy. W końcu znaleźliśmy właściwą drogę, która zaprowadziła nas nad wał wiślany. Krajobrazy jak z pocztówki, w oddali widać Kwidzyń i fabrykę papieru. Słońce miło przygrzewało, wiatr zostawiliśmy nad morzem. Cudownie. Wał skończył się dość szybko, a droga zmieniła się w asfaltową nawierzchnię. W pewnym momencie po prawej stronie wyłonił się majestatyczny zamek w Gniewie. Musiał robić olbrzymie wrażenie w czasach, gdy na tych terenach był tylko on, a ludzie zazwyczaj mieszkali w chatkach i lepiankach. Jadąc, bezskutecznie wypatrywaliśmy kawiarni, czy też restauracji.

II Śniadanie

Po blisko 20 km, głodni zatrzymaliśmy się na drugie, no dla mnie na trzecie śniadanie. Miejsce niezbyt szczególne, zwykły kawałek pola z kapliczką przy drodze,  ale miejsce nie miało znaczenia. Ważne, że mogliśmy przygotować sobie kanapki i je zjeść w spokoju i ze smakiem. Dobrze, że zaopatrzyliśmy się w pasty warzywne z Lidla i chleb, gdyż inaczej bylibyśmy głodni. Jadąc na taką wycieczkę trzeba być samowystarczalnym. Doświadczenie pokazuje, że często nie ma żadnej restauracji w okolicy. 

Najedzeni i napojeni pojechaliśmy dalej. Czasem za późno zauważałam skręt, ale generalnie jechaliśmy zgodnie z wcześniej zaplanowaną trasą. 

W miejscowości Borowiec w końcu znaleźliśmy sklep. Mąż ugasił pragnienie bezalkoholowym piwem, a ja napoiłam się Pepsi. Wiem, wiem to cukier i to niezdrowy. Ale jak mawiają:

Nic nie jest lekarstwem, ani trucizną, wszystko to kwestia dawki.

Siedząc na schodach sklepu odpoczęliśmy chwilę. 

Skorzystałam z gościnności Pani ekspedientki i w łazience wyjęłam rzęsę z oka, która drażniła mnie od 20 km. 

Ruszyliśmy dalej, spokojnie. Podziwiając krajobrazy dojechaliśmy do miejscowości Nowe z nadzieją, że w niej zjemy ciepły obiad oraz wypijemy kawę.  Cóż… tym razem także okazało się, że znalezienie czynnej restauracji jest niemożliwe. Te, które przetrwały pandemię były zarezerwowane na wesela. Co prawda kawę udało nam się kupić na Orlenie, ale o obiedzie mogliśmy pomarzyć. Delektując się czarnym płynem podziwialiśmy widoki i koryto Wisły z punktu widokowego w Nowem. A obiad? Ten posiłek musiał zastąpić nam kebab. Na takich wycieczkach czasem robię wyjątki od postanowienia nie jedzenia mięsa. W końcu wiele lat je jadłam, a lepiej, w mojej opinii, zjeść mięso niż nie mieć wystarczającej ilości białka na kolejną część dnia.

Ruszyliśmy w dalszą podróż naszą trasą. Niestety daleko nie zajechaliśmy. Nowe nie chciało nas wypuścić. Według mapy nad Wisłą znajdował się Szlak Dolnej Wisły, którym mieliśmy jechać. Niestety w praktyce nie można było nim nie tylko przejechać, ale nawet przejść. No, chyba, że ktoś miałby kosiarkę, ewentualnie maczetę, aby utorować sobie drogę. Ponieważ jesteśmy uparci staraliśmy się znaleźć inną drogę do szlaku. I już prawie odnieśliśmy sukces, gdy ponownie chaszcze uniemożliwiły nam dalszą podróż. Postanowiliśmy więc zmienić trasę i pojechaliśmy drogą 91 (dawną 1) do punktu widokowego w Dużym Wiośle. Aby dostać się do samej wieży widokowej należy pokonać niezbyt długi i niezbyt stromy podjazd. Uważam, że warto wydać tą odrobine energii. Widok na Wisłę jaki rozpościera się z wieży jest jednym z piękniejszych jakich doświadczyłam. Kilka zdjęć, trochę wygłupów i wróciliśmy na parking do samochodu.

Pierwotnie chcieliśmy tu nocować. Ale… Ponieważ dojechaliśmy stosunkowo wcześnie zdecydowaliśmy, że przestawimy samochód na miejsce jutrzejszego startu, czyli na pole namiotowe nad Jeziorem Kałębie.

Dzisiaj, pokonaliśmy w sumie 84,47 km. To był bardzo przyjemny dzień z pięknymi widokami i kilkoma przygodami. Jutro na pewno weźmiemy ze sobą własny obiad, kawę, zaparzacz do kawy i kuchenkę turystyczną.

Co mogę powiedzieć o tej trasie? Mogę ją z czystym sumieniem polecić tym, którzy cenią sobie piękne widoki, dzikość, samotność i ciszę. Podczas całego dnia czuliśmy się jakbyśmy byli sami. No, poza miejscowością Nowe. Tam było głośniej i więcej ludzi, ale porównując ilość osób do nadmorskich miejscowości w sezonie, czy też innych tego typu, to można powiedzieć, że ludzi prawie nie było.

Plan wycieczki rowerowej

Realizacja wycieczki rowerowej

Wycieczka rowerowa

Eh…

Jak się okazało, dzień jednak się nie skończył. Ja lubię przygody, ale niekoniecznie takie. Dojechaliśmy do miejscowości Dobry Brat. Tam mieściło się pole namiotowe, które wybraliśmy. Byliśmy prawie, prawie na miejscu. Po prawej stronie stało kilka kamperów, samochodów, więc myśleliśmy, że to już. Mąż zaparkował samochód, wyłączył silnik, a ja wyszłam i zadzwoniłam do właścicielki, aby rozliczyć się i dowiedzieć gdzie jest prysznic. Okazało się, że pole namiotowe jest kilkadziesiąt metrów dalej. Żaden problem pomyślisz. Cóż… normalnie, żaden, ale jak samochód nie chce odpalić to już się robi problem. Niestety, Pan mechanik pomylił się i jego sposób na zapalenie naszego auta nie zadziałał. Zostaliśmy uziemieni na jakiś czas w tym miejscu, w którym staliśmy. Mieliśmy nadzieję, że samochód odpali gdy wystygnie. Tak działo się ostatnio - wystarczyło poczekać pół godziny… ale, jak się okazało, nie tym razem. Poszliśmy się wykąpać, wróciliśmy i nic… Właściciele ziemi, na której staliśmy pozwolili nam na niej pozostać. Poszliśmy niepewni spać. Niepewni jutra. Czy samochód zapali? Czy będziemy mogli powrócić do domu? Wycieczka rowerowa odeszła na dalszy plan.

 

cdn już w krótce...

 

Pozostaw komentarz